Nieporadnie i nieskładnie, regulamin za nic mając…
Mniej więcej od 2009 r. w Polsce panuje dziwne przekonanie, że social media to wyłącznie Facebook. Używa się tych dwóch pojęć czasami wręcz jak synonimów, a przodują w tym… marki. Dziś opowiem nieco o największych grzechach polskich fanpage’y.
Choć może to się wydawać dziwne, Facebook nie jest panaceum na marketingowe bolączki, nie jest modą, za którą każdy ma podążać. To narzędzie, które nawet nie służy stricte do promocji marki. Chodzi o angażowanie fanów, wzbogacanie doświadczeń i relacji konsumenckich, nowatorskie podejście do obsługi i komunikacji z klientem, a mimo tego nadal widzimy dziwne twory, wśród fanpage’y.
Komu to odradzać? Pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to parafie. Być może widzieliście już przykłady stron, na których administratorzy nie panują nad komentarzami i często dopuszczają do tego, że te wulgarne wiszą tygodniami np. pod informacjami o najbliższych nabożeństwach lub pielgrzymce. Jeśli nie, poszukajcie - zapewniam, że nietrudno to znaleźć. Idźmy dalej, po co fanpage zakładom produkującym produkty dla bardzo wąskiej grupy klientów (np. lokalnie), którym internetowy kanał komunikacji nie jest potrzebny (poza np. prostą stroną firmową). Dlaczego fanpage zakładają zakłady pogrzebowe, kamieniarskie? By informować o promocjach? Organizować konkursy? Pisać o ciekawostkach lub żartach z branży? W tym kraju to już chyba wystarczająco delikatny temat. Ciekawostka w tej kwestii: serwisy instytucji rządowych i publicznych. Głównie chodzi tu o kwestie prawne i darmową reklamę zagranicznych komercyjnych portali. Więc o tym można przeczytać u Piotra Waglowskiego tu, tu i tu. Polecam, bo lektura nader ciekawa i merytoryczna. Kwestię farm fanów w stylu „ludzie urodzeni w XX roku” lub „miliard koszulek do rozdania!” pomijam, bo najwięcej grzeszą tutaj fani tych stron – i bynajmniej nie inteligencją.
To prawdziwe królestwo tandety. „Social media managerowie” (z całym szacunkiem dla tych bez cudzysłowu) rozumieją call to action jako „a jak Wy myślicie?” na końcu każdego postu to prawdziwa plaga. Brak strategii lub jej kalka z podręcznika to jedno, ale jak wytłumaczyć łamanie regulaminu (głównie z powodu zapewne jego nieznajomości, ale ignorantia iuris legis neminem excusat) inaczej jak ignorancją lub głupotą? Zakłada się fanpage – no dobrze, ale po co do niej jeszcze fikcyjne konto personalne o tej samej nazwie? Po co jeszcze do tego jakaś grupa jako trzeci element tej śmiesznej układanki?
Naprawdę żałuję, że Facebook w Polsce nie działa szybciej w kwestii eliminacji takich nadużyć. Swego czasu pisałem do kilkunastu, może kilkudziesięciu firm w sprawie łamania regulaminu Facebooka i zwykle kończyło się to fiaskiem. Miło wspominam dwie firmy, które podziękowały za wskazówki, w tym jedną, która poprosiła o przeprowadzenie przez cały proces, ale w większości przypadków kończy się to brakiem odpowiedzi (nawet na kilkukrotne zapytania słane różnymi kanałami) lub chamstwem za wtykanie w nosa w nieswoje sprawy i „działanie na szkodę firmy” (sic!) – kabaret.
Facebook oferuje już tyle krytycznych narzędzi z punktu widzenia polskiego laika, że naprawdę trudno się nadziwić, skąd to buractwo. Już nawet nie trzeba czytać regulaminu, bo co i rusz widzi się mnóstwo opracowań, polskie portale branżowe również non stop o tym trąbią, często duplikując content, ale – jak widać – do niektórych nadal to nie dociera. Można dokonać migracji konta personalnego w stronę fanowską (znajomi zmieniają się wtedy w fanów – niczego się nie traci), można nawet prowadzić fanpage bez konieczności zakładania/posiadania konta na Facebooku! Nic to: grochem o ścianę, perły przed wieprze.
Temat szeroki, więc pogłębiam go dalej – używanie tzw. mechanizmów Facebooka do przeprowadzania konkursów. Nie przestanę się nadziwić, ile marek nadal to wykorzystuje. To prawda, że koszty dedykowanej aplikacji do przeprowadzania konkursów potrafią być relatywnie wysokie, zwłaszcza w początkowej fazie kampanii, ale są już przecież rozwiązania szablonowe dla odbiorcy masowego, by wymienić tylko z polskich projektów Fanpoint i Megafoni.
Wykorzystanie innych, tradycyjnych mechanizmów sieci nie łamie regulaminu facebooka – dlatego bez przeszkód można zachęcić do wysłania konkursowego zdjęcia na adres e-mail, odesłać do sondy na stronie internetowej firmy, opartej nawet na darmowym skrypcie czy innego systemu głosowania. Ale nie, zapraszanie fanów i klikanie "lubię to" nadal święci triumfy – i to, jak widać, nawet stosunkowo wysoko. Moim zdaniem dawno minął już czas, kiedy takie zachowanie mogło być tolerowane i aktualnie należy je pacyfikować z całą surowością regulaminu, zwłaszcza dla fanpage’y o dłuższym stażu w serwisie.
Jak to działa? Na pewno rzuciły Wam się w oczy komentarze pisane z kont innych fanpage’y na stronach tych bardziej popularnych (taka facebookowa mini-incepcja). Dopóki komentarz jest merytoryczny i np. dotyczy branży to naprawdę bardzo dobrze, bo służy to tylko wzbogacaniu środowiska, branży i wiedzy na poruszany temat. Niestety, coraz częściej sprowadza się to do komentarzy nic nie wnoszących („fajny artykuł!”, „super:)”, „uważamy podobnie ;)” itp.) lub ujawniających niekompetencje i niedouczenie albo brak zdolności analitycznych właścicieli, tudzież administratorów wspomnianych stron. Prym wiodą tu komentarze na stronach branży technologicznej, aczkolwiek i na Socjomanii zdarzają się takie kwiatki.
Macie pomysły na kolejne grzechy? Chętnie rozwinę temat. :)